Jak rozwijać odporność na medialny hype, by chronić demokrację?

"Hype technologiczny jest wynikiem podwójnej spekulacji: finansowej, nakierowanej na pomnażanie zwrotów z inwestycji w ryzykowne przedsięwzięcia, oraz społecznej, w której firmy przyciągają uwagę inwestorów, obiecując przełomowy postęp technologiczny, mający zarazem pozwolić na wytworzenie się bezprecedensowych szans społecznych" - piszą Andreu Belsunces Gonçalves i Jascha Bareis w portalu Tech Policy.
Tekst został oryginalnie opublikowany pod tytułem Expanding Hype Literacy to Protect Democracy na platformie Tech Policy Press Tłumaczenie i publikacja tłumaczenia za zgodą Autorów. Autor przekładu: Jacek Mańko.
Można zauważyć ostatnio, że entuzjazm wobec spółek technologicznych nakręcany obietnicą generatywnej sztucznej inteligencji zaczyna słabnąć. W długiej perspektywie, od bańki dotcomów dwadzieścia pięć lat temu do obecnego boomu na AI, staje się widoczne, że technologiczny hype nie ustaje w kształtowaniu światowej gospodarki, jak również polityki czy kultury. Hype nie jest bynajmniej neutralnym skutkiem ubocznym cyklów wdrażania technologii. To rozmyślnie konstruowany projekt, które kieruje naszą zbiorową świadomość w stronę wizji przyszłości korzystnych przede wszystkim dla elit. Aby przeciwstawić się hype’owi oraz temu, w jaki sposób wzmacnia on władzę, a przy tym sprzyja praktykom autorytarnym, musimy najpierw zrozumieć, że hype nie jest wyłącznie zjawiskiem ekonomicznym czy technologicznym, ale także politycznym.
XXI wiek hype’u
XXI stulecie rozpoczęło się od pęknięcia bańki technologicznej. Trwająca od poprzedniej dekady popularyzacja sieci WWW obiecała zmianę wszystkiego: biznesu, edukacji, komunikacji, rozrywki czy polityki. Jako przestrzeń intensywnej eksploatacji ekonomicznej, internet stał się nowym Eldorado dla tych, którzy „odważyli się” zaryzykować i postawić na innowacje.
Pomiędzy 1994 a 2000 rokiem, inwestycje funduszy VC wzrosły od 1.5 mld do 90 mld dolarów, zalewając rynek startupami internetowymi, które nie wykazywały ani zysków, ani przychodów, nie miały żadnej infrastruktury a i często nawet żadnego klarownego modelu biznesowego. Jednak to te wschodzące na rynek firmy utorowały drogę „nowej ekonomii”, a media rozpisywały się o heroicznych historiach młodych cyfrowych rewolucjonistów, z których wielu miało w przyszłości stać się dzisiejszymi guru technologicznymi czy nawet znaleźć się w centrum władzy politycznej. Nieprzypadkowo, wartość indeksu NASDAQ, platformy giełdowej dla spółek technologicznych na rynku akcji, wzrosła pięciokrotnie pomiędzy rokiem 1995 a marcem 2000 roku.
Ta gorączka złota dobiegła końca za sprawą absolutnej burzy: inwestorzy zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że dotcomy nie były dostatecznie dochodowe, podczas gdy Rezerwa Federalna Stanów Zjednoczonych sześciokrotnie podnosiła stopy procentowe. W efekcie pożyczanie pieniędzy stało się droższe, a, co za tym idzie, ryzykowne inwestycje mniej atrakcyjne. Doprowadziło to do słynnego pęknięcia bańki internetowej. Do końca 2002 roku NASDAQ stracił 78 proc. swojej wartości, a wiele internetowych firm czy małych funduszy VC zniknęło z rynku. Wraz z tym załamaniem pojawiły się pierwsze rysy w politycznej wierze w neoliberalne deregulacje rynkowe, która dominowała w rządach państw Zachodu w latach 80. i 90. Te same media, które dawniej same rozdmuchiwały bańkę dotcomów i się nią emocjonowały , teraz sączyły przekaz wypełniony hasłami takimi jak porażka, chciwość czy oszustwo.
Fenomen hype’u. Spekulacja, rozgłos, szaleństwo
Bańka internetowa to wzorcowy przykład technologicznego hype’u. Zjawisko to, badane przez nas w grupie badawczej „Hype Studies” ma naturę społeczną, kulturową, polityczną i ekonomiczną. Technologiczny hype charakteryzuje się fascynacją technologiami zorientowanymi na przyszłość: wyolbrzymione i nierealistyczne obietnice rozwoju wartości łączą się z krzykliwym optymizmem, przyciągającym uwagę inwestorów, sektora IT, polityków, dziennikarzy czy opinii publicznej.
Hype nigdy nie pojawia się przypadkowo, choć zazwyczaj właśnie tak bywa traktowany, jak gdyby był „procesem naturalnym”. Jest strategicznie wytwarzany przez firmy technologiczne i ich CEO, po to, by wyolbrzymić pozytywne skutki technologii, jednocześnie pomijając te negatywne. Celem hype’u nie jest przecież refleksja nad przyszłością, tworzeniem jej scenariuszy czy wizji, tylko przyciągnięcie uwagi, funduszy i klientów. Granie na emocjach oraz składanie szumnych obietnic jest tutaj w pełni uzasadnione, by, zaskarbić sobie sympatię zwolenników czy funduszy VC, tak by oni też mogli „popłynąć na fali”.
Hype wytwarza impet. Na początku obiecuje zrealizowanie maksymalnie wyolbrzymionych oczekiwań. Stwarza to swoistą iluzję zamykającego się okna możliwości, poczucie przeżywania objawienia czy uczestnictwa w przełomowym wydarzeniu - co starożytni Grecy kiedyś określali jako kairos. Taka presja podsyca emocjonalną gorączkę we wszystkich obszarach życia społecznego. Hype jest podsycany pragnieniem i poczuciem przynależności do wybranej grupy nielicznych. Kiedy już osiąga swój szczyt, zaczyna falować, wywołując naprzemiennie rozczarowanie, strach i frustrację. Zarówno w fazie wzrostu, jak i opadania, ponagla interesariuszy do podejmowania decyzji i działania.
Chcemy jeszcze raz podkreślić: hype nie jest przypadkowy. Aby przyspieszyć początkowe fazy rozwoju, podręczniki dla startupów wprost zachęcają, by przeceniać możliwości rozwijanych przez siebie technologii, w myśl zasad w stylu fake it until you make it czy think big. Na podobnej zasadzie, inkubatory czy akceleratory, jak choćby Y Combinator (któremu szefował niegdyś Sam Altman), szkolą podopiecznych founderów, by prezentowali swoje pomysły w sposób wyolbrzymiający rozmiar rynku, na jakim mają działać, gotowość swoich rozwiązań do wdrożenia czy siłę przebicia, posługując się przy tym błyszczącymi, ale niekompletnymi prototypami. Wielu inwestorów bezpośrednio nakłania startupowców, by przedstawiali swój produkt w jak najambitniejszy sposób, tłumacząc im, że to niezbędna taktyka przeżycia na mocno konkurencyjnym rynku inwestycyjnym, gdzie walczy się o pozyskiwanie dofinansowań. Ten element narracji unaocznia fundamentalną dynamikę hype’u. Nawet nie chodzi o to, że hyperzy kłamią, oni po prostu nie przywiązują większej wagi do kategorii prawdy czy fałszu, czy różnicy między faktem a opinią. Umiejętność spreparowania fascynującej opowieści jest po prostu warunkiem sine qua non do zdobycia finansowania dla nowego przedsięwzięcia. Wszystko, co działa na scenie zarządzania wrażeniami i pozwala na wywołanie medialnej gorączki, oczarowanie inwestorów, zabłyśnięcie w prospektach czy wypełnienie feedów w mediach społecznościowych, służy temu celowi.
Każdy chce uszczknąć kawałek tortu
Ten swoisty kult innowacji, opierający się na wcześniejszych XXI-wiecznych “rewolucjach”, które zaowocowały swoimi falami hype’u (bańka dotcomów, Web 2.0, Big Data, nanotechnologia, cloud computing, ekonomia platformowa, Makerzy, VR czy Internet Rzeczy), przeniknął do szkół, rad miejskich, małych i średnich przedsiębiorstw oraz do rządów. A kultura przedsiębiorczości skoncentrowana wokół hype’u stała strukturalnym składnikiem procesów współczesnych przemian społeczno-technicznych.
Wspierając się wrażeniem nowości i czy widowiskowości, hype rozprzestrzenia się szybko, przekształcając fikcyjne wizje w prawdopodobne trajektorie. A jak pokazała bańka wokół „nowej ekonomii”, hype technologiczny jest wynikiem podwójnej spekulacji: finansowej, nakierowanej na pomnażanie zwrotów z inwestycji w ryzykowne przedsięwzięcia, oraz społecznej, w której firmy przyciągają uwagę inwestorów, obiecując przełomowy postęp technologiczny, mający zarazem pozwolić na wytworzenie się bezprecedensowych szans społecznych.
Co zrozumiałe, każdy chce uszczknąć coś dla siebie, wliczając w to osoby znajdujące się w prekarnej sytuacji ekonomicznej, które, chcąc zabezpieczyć swój byt, grają swoimi niewielkimi oszczędnościami na giełdzie. Albo dziennikarze, wrzucający sensacyjne nagłówki o kolejnej rewolucji technologicznej, licząc na efekt clickbaitu czy wysokie pozycjonowania stron ich mediów. Wreszcie politycy, którzy w pogoni za wynikiem wyborczym projektują agendy rządowe, tak aby świeciły blaskiem technologicznych innowacji i wzrostu gospodarczego. Wszyscy oni są potrzebni, żeby podtrzymywać hype, ale również wszyscy oni wystawiają się na kaprysy rynków finansowych oraz manipulatorów hype’u, którzy wykorzystują mit „innowacji”, aby zaspokoić chciwość akcjonariuszy.
Ponieważ nie wszyscy potrafią w równym stopniu wytwarzać czy rozszyfrowywać hype, ani w takim samym stopniu czerpać z niego zysków, hype stał się kluczową areną ekonomicznych i politycznych zmagań. W konkurencyjnym wyścigu branży technologicznej o uzyskanie monopolistycznej pozycji względem rywali na rynku obowiązuje zasada „zjedz albo zostań zjedzony”. Wziąwszy te okoliczności pod uwagę, nie dziwi więc, że hype kwitnie: wyolbrzymione obietnice, ryzykanctwo, przechwalstwa, bullshit, a nawet oszustwa stanowią raczej regułę aniżeli wyjątek w etosie startupów z Doliny Krzemowej. W świecie, w którym przetrwają najbogatsi i najbardziej bezlitośni, umiejętność wytwarzania i rozprzestrzeniania hype’u kształtuje kierunek rozwoju innowacji, programy polityczne i agendy medialne.
Technologiczny hype i jego niebezpieczna polityka
W coraz bardziej sfinansjalizowanym społeczeństwie (increasingly financialized society), naznaczonym nierównościami i pogarszającą się jakością wspólnych zasobów i usług, technologiczny hype staje się niebezpieczną siłą przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, osoby mające mniejszy dostęp do wiedzy i niższą świadomość w zakresie nowych technologii czy rynków są bardziej podatne na kuszące obietnice łatwych zysków. Jak pokazują historie crypto piramid finansowych – gdzie wcześni inwestorzy sprzedają aktywa, kiedy tylko ich wartość zaczyna spadać, i pozostawiając nowicjuszy samych sobie w obliczu strat ze stratami – hype przychodzi z obietnicą bogactwa.
Ponieważ kultura inwestorów i startupów, myląca postęp z technologią, staje się coraz bardziej wszechobecna, zwykli obywatele skłaniają się ku mottu Wall Street i Doliny Krzemowej: „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana”. Często nie biorą jednak oni pod uwagę, że dla doświadczonych insiderów jest to strategia w pełni przemyślana i wyrachowana, zabezpieczona asekuracyjną siatką finansową i możliwością szybkiego przeniesienia kapitału. Wzmacnia to wywłaszczeniową dynamikę rynku, na którym bardziej uprzywilejowani wydobywają zasoby od tych bardziej narażonych na ryzyko.
Po drugie, hegemoniczny hype jest często napędzany utopijnymi obietnicami zbawienia, które mieszają się z syrenim śpiewem o „nieuchronności rozwoju”, a jednocześnie wskazuje kierunek przemian ku cyberlibertariańskiej przyszłości. Pojęcie cyberlibertarianizmu zostało ukute w połowie lat 90. przez filozofa technologii Langdona Winnera i niedawno rozwinięte przez Davida Golumbię. Ich celem było opisanie rozległej technokratycznej ideologii, zakorzenionej w przekonaniu, że wolne rynki i merytokracja są nie tylko bardziej efektywne, co wręcz absolutnie konieczne dla indywidualistycznej wolności i że lepiej wyrażają one zasadę porządku społecznego niż choćby demokratyczne państwo. Cyberlibertarianie często przedstawiają regulacje, demokratyczną odpowiedzialność i systemy oparte na prawach jednostki jako przeszkody, które należy przezwyciężyć w ramach wizji przyszłości rządzonej przez technologię.
A zatem, technologiczny hype nie tylko tworzy warunki do spekulacji finansowych, ale służy także jako katalizator dla ideologii, które przenoszą społeczno-darwinowski mechanizm ekonomicznego przetrwania na sferę społeczną. Jak wyraził to w swoim “Techno-optymistycznym manifeście” szef funduszu VC, Marc Andreessen, społeczeństwa, jak rekiny, rosną albo giną. Dobór naturalny nie pozostawia w przyszłości miejsca dla wszystkich.
Potrzeba krytycznego zrozumienia hype’u
W kontekście historycznym, w którym liderzy branży technologicznej otwarcie przyjmują neoreakcyjne (a przy tym intelektualnie miałkie i powierzchowne) stanowiska, takie jak ciemne oświecenie czy efektywny akceleracjonizm, krytyczna ocena hype’u staje się niezwykle istotna. Szczególnie dotyczy to mitu ogólnej sztucznej inteligencji (ang. Artificial General Intelligence, AGI), socjotechnicznej fikcji samej w sobie, skoro wielokrotnie oceniano ją jako nieosiągalną w ramach dużych modeli językowych. Mit ten wsparła największa jak dotąd w historii runda prywatnego finansowania. Połączenie wpływowych i hojnych graczy, łączących zarówno nierealistyczne wizje, jak i radykalne stanowiska polityczne, sprawia, że hype staje się strategią mającą urzeczywistnić to, co dotąd było jedynie wyobrażeniem. Dlatego stanowi kwestię wymagającą pilnego nadzoru politycznego.
I to tym bardziej, że choć bańka dotcomowa pękła, układ sił i stosunki władzy nigdy się nie zmieniły. Nerdowate geeki z czasów Web 2.0 stały się dzisiejszymi Rockefellerami, wizjonerami i magnatami medialnymi czy technologicznymi. Nawet nie chodzi o to, że są obrzydliwie bogaci. Przecież to oni są u steru machiny kontrolującej hype. Wraz z rozwojem AI zyskali oni zarówno modele algorytmiczne, jak i wizje „nieograniczonego” wzrostu. W ostatnim czasie niektórzy z nich skłaniają się ku pewnej odmianie chrześcijańskiego, topornego profetyzmu. Dzięki chatbotom opartym na dużych modelach językowych coraz bardziej przejmują oni społeczne wytwarzanie „wiedzy”, a za sprawą platform społecznościowych kontrolują też ogromne zbiory danych oraz przepływ informacji w sferze „publicznej”. To idealne warunki, by rozniecać technologiczny hype i pozwalać swoim ideologiom na dalsze rozprzestrzenianie się i rozkwit.
Współczesne rządy państw Zachodu, od Białego Domu po Komisję Europejską, nawet nie próbują temperować technologicznego hype’u. Wręcz przeciwnie, zapraszają dostawców hype’u do samego centrum władzy. Nigdy wcześniej tech bros tacy jak Peter Thiel, Elon Musk, Marc Andreessen, Alex Karp czy Mark Zuckerberg (ta lista jest dłuższa) nie mogli tak otwarcie głosić swoich antydemokratycznych poglądów, będąc dodatkowo zachęcanymi i wspieranymi do prowadzenia swoich interesów w demokratycznych krajach na całym świecie.
Dlatego zrozumienie i rozmontowanie obecnego wzrostu techno-autorytaryzmu wymaga rozwinięcia odporności na medialny hype. Traktowanie hype’u jako instrumentu politycznego może pomóc decydentom i regulatorom, dziennikarzom oraz obywatelom stać się mniej podatnymi na eugeniczne wizje przyszłości, które niektórzy technologiczni guru przedstawiają jako naturalne czy nieuchronne. Oznacza to też zrozumienie, że hype’owanie technologii wiąże się z przyjmowaniem określonych ideologii, że hype powstaje według określonego scenariusza, że sprzyja konkretnym aktorom rynkowym i uprzywilejowuje pewne wersje przyszłości kosztem innych. Świadomość tego, kto się liczy, a kto jest wykluczany z tych wizji, a także przyglądanie się, kto czerpie zarówno ekonomiczne jak i politycznego korzyści z technologicznego hype’u, może pomóc wzmocnić demokratyczną suwerenność w obliczu kolonialnych zapędów Big Techów.
Autor: jacekmanko
