Kiedy krytyka AI niechcący staje się jej apologią

Z dużym zaciekawieniem zapoznałem się z przedrukowanym w Onecie tekstem pod tytułem Czy jest miejsce dla ludzi w dobie AI? autorstwa dr. Ronalda Zarzyckiego, wicedyrektora Instytutu Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza.
Zaciekawienie to niestety bardzo szybko zmieniło się w spore rozczarowanie, i to wcale nie za sprawą nazbyt szumnego tytułu. Tekst oryginalnie opublikowano pod tytułem Uratuje nas ignorancja? w magazynie “Res Publika Nowa”.
Choć dr Zarzycki słusznie zwraca uwagę na szereg problemów związanych z wpływem AI na rynek pracy oraz rozdmuchaną debatą wokół tego problemu, to ostatecznie nie ustrzega się tych samych błędów, przed którymi chciałby nas przestrzec.
Ale po kolei. W pierwszych zdaniach tekstu autor diagnozuje inflację ekspertyz na temat wpływu AI na rynek pracy, pogłębianą dodatkowo
przez nadmiar emocji — od euforii po histerię — które debatom dodają kolorytu, a ofertom eksperckim swoistego uprawomocnienia.
Sam nie jestem zwolennikiem skrajności w debatach natomiast trzeba uczciwie przyznać, że ludzie mają pełne prawo obawiać się o swoje zatrudnienie. Nie dlatego, że sztuczna inteligencja miałaby być taka wszechstronna (co w innych miejscach w tekście autor często sugeruje), ale dlatego, że dekady neoliberalizmu w Polsce nauczyły ich tego, że przełożeni (celowo nie używam słowa pracodawcy) wykorzystają każdą dostępną sposobność na optymalizację kosztów – zwłaszcza ludzkich. A sztuczna inteligencja dodatkowo przychodzi z bagażem narracji, kontekstów i stereotypów wyniesionych z dorobku dzieł science-fiction (o czym za chwilę).
Autor następnie dodaje, że rozmaite ekspertyzy na temat AI
w istotnej mierze bazują na percepcjach, obawach i oczekiwaniach respondentów, a nie na twardym rachunku. [...] Oczywiście, percepcja zaklina rzeczywistość.
Wprawdzie autor nie precyzuje na czym ten twardy rachunek miałby polegać, ale to w sumie tym lepiej. Nie jestem wielkim fanem przerzucania się liczbami na temat tego, ile zawodów zniknie, ile powstanie, oraz kto i w jakim procencie najbardziej zagrożony jest automatyzacją. Każde obliczenia osadzone są w pewnej metodologii tj. opierają się na jakichś poczynionych założeniach – a same w sobie nic nie znaczą.
Ale tym samym dr Zarzycki stosuje tu, być może nieświadomie, pewien zabieg retoryczny. Dezawuując, słusznie czy nie, stan debaty czy jej oderwanie od rzeczywistości, daje do zrozumienia, że to on sam – już bez emocji, na chłodno – powie, jak jest naprawdę. Co w zasadzie mogłoby być interesujące, tylko że autor sam próbuje w wielu miejscach zaklinać rzeczywistość.
Wymowa jego tekstu jest ogólnie raczej dehumanizująca, wieszcząca w sposób zdeterminowany triumf technologii i to, że dla wiedzy nie ma przyszłości. Robi to odwołując się przy tym nawet do osobliwości – pojęcia z domeny science-fiction autorstwa futurologa Raya Kurzweila.
Kurzweil (oprócz tego, że za wszelką cenę nie chce nigdy umrzeć) głosi nadejście osobliwości technologicznej czyli hipotetycznego punktu rozwoju technologii umożliwiającej np. podłączanie ludzi, a przynajmniej ich mózgów, do komputera, zapewniają coś na wzór cyfrowej nieśmiertelności. A wspominaliśmy już, że Kurzweil nie chce nigdy umrzeć, prawda?
To, że w tekście, który pomstuje na nadmiar emocji czy profetyczne uniesienia w debacie o AI mowa jest o zbliżaniu się do osobliwości, jest, przyznam, dość – no właśnie – osobliwe.
Dodatkowo, przy całym tym technodeterminizmie, wymowa tekstu jest raczej zgorzkniała, nawet momentami bywa dość cyniczna. Pomstując na kiepską kondycję i ignorancję ludzkości w starciu z maszynami, Zarzycki pisze, wspominając… grę w szachy:
Choć wiemy, że AI grają lepiej, to wróciliśmy do kibicowania niedołężnym — w zestawieniu z maszynami — wysiłkom graczy ludzkich
Autor pomija kompletnie, nie wiem czy świadomie, czy nie, że te ludzkie niedołężne wysiłki są dokładnie tym, co czyni nas ludźmi. Nie chodzi o to, że kalkulatory liczą szybciej, a silniki szachowe oparte o algorytmy uczenia maszynowego są w stanie przemielić do setek milionów pozycji na sekundę i tym samym wygrać z każdym arcymistrzem. Chodzi o to, że jesteśmy tylko i aż ludźmi, którym choćby z tego tytułu przysługuje niezbywalna godność osobista. Żywymi istotami z własną kulturą i historią. Współtworzymy społeczeństwa, w których funkcjonujemy, w tym także pracujemy (a przynajmniej udajemy) i między innymi to przydaje sensu naszej egzystencji. Na pewno nie jest nim ściganie się z komputerami, którym próbuje nadawać się rangę inteligencji krzemowej. Co więcej, nasze rozterki duchowe nie zawsze służą konkretnemu rozwiązaniu, czasem po prostu dają nam szansę pogłębić rozumienie rzeczywistości i refleksję nad nią.
Zarzycki, choć sam narzeka na wszechobecny brak sensu (z czym w dużej mierze się zgadzamy), sam przecież dolewa tu oliwy do ognia.
Lekturę tekstu oczywiście polecamy, by samemu wyrobić swoje własne zdanie. Zwłaszcza, że środkowy paragraf Alienacja i bezsens uważamy za ogólnie trafny, pełen ciekawych diagnoz (choć do paru rzeczy byśmy się przyczepili). Szkoda, że autor, przynajmniej w tym tekście, nie chciał rozwinąć myśli z tego fragmentu na cały tekst.
Zabrakło też odniesienia do Davida Graebera, który w swojej książce Praca bez sensu (2018) pisał, że
Automatyzacja faktycznie doprowadziła do masowego bezrobocia. Po prostu zapełniliśmy niedobór miejsc pracy, tworząc prace atrapy, najzwyczajniej zmyślone etaty (bullshit jobs – przyp. JM). Połączenie presji politycznej, tak z prawa, jak i z lewa, oraz głęboko żywionego przekonania mas, że tylko praca zarobkowa czyni człowieka pełną, moralną osobą, a także strachu klas wyższych, na który już w 1933 roku zwracał uwagę Orwell, przed tym, co będzie, jeśli masy pracujące będą miały za dużo czasu wolnego – wszystko to przypieczętowało konsensus, że niezależnie od prawdziwego kształtu rzeczywistości, oficjalne wskaźniki bezrobocia w krajach zamożnych nie powinny zanadto oddalać się od przedziału 3 – 8 procent.
Jednak jeśli z tego krajobrazu wyłączyć pracę bez sensu i niebezsensowne stanowiska, które jednak powstały po to, by obsługiwać te pierwsze, można powiedzieć, że katastrofa wieszczona w latach 30. faktycznie miała miejsce. Według różnych szacunków nawet powyżej 50 lub 60 proc. populacji zostało w rzeczywistości wyrzucone z pracy.
Autor: jacekmanko
