Uruchomienie bloga zostało sfinansowane przez społeczność ❤️
Mecenasem bloga jest Fundacja Zakłady Kórnickie,
wydawca portalu historycznego Hrabia Tytus

Hurr durr, sztuczna inteligencja [Andrzej Dragan, Quo vAIdis, 2025]

Hurr durr, sztuczna inteligencja [Andrzej Dragan, Quo vAIdis, 2025]

Andrzej Dragan buduje wizję świata, w której inteligencja to zdolność rozpoznawania analogii i efektywnej kompresji danych. Z pewnością ma to sens wobec modeli sztucznej inteligencji, ale kiedy zaczyna w ten sposób tłumaczyć Kopernika, poetów i emocje, “przewodnik po AI” czyta się jak manifest scjentystyczny w XIX-wiecznym stylu. Autor, z wielką szkodą dla książki, za wszelką cenę stara się udowodnić, że sztuczna inteligencja naprawdę jest fajna i że ma uniwersalny potencjał. Można i tak, tylko po co?

Z pewnością nie jest to książka popularnonaukowa, chociaż tak jest przedstawiana na stronie wydawnictwa (wydawnictwo Otwarte to część wydawnictwa Znak), które dodatkowo opisuje tę książkę jako Przewodnik po sztucznej inteligencji. To raczej specyficzny traktat, w którym Dragan dzieli się osobistą wykładnią na temat sztucznej inteligencji i pewnego porządku świata. Znaleźć w niej można oczywiście pewną warstwę popularyzacyjno-naukową, przy czym popularyzowana jest tu XIX-wieczna, pozytywistyczna, scjentystyczna wizja nauki z elementami późniejszego fizykalizmu, o czym piszemy poniżej.

Już sam tytuł książki sugeruje pewne pomieszanie porządków, co w swoim wpisie na Twitterze zauważył prof. Piotr Rieske:

Tytuł, “QUO VAIDIS” ma być pytaniem do ludzkości czy do SI? Może wymknęło się autorowi w natchnieniu, a może umknęło, że w oryginale pytanie brzmiało "Quo vadis, Domine?" "Dokąd idziesz, Panie?"

Po lekturze książki nie wiadomo niestety, czy podmiotem wskazującym kierunek jest dla Dragana ludzkość, czy sztuczna inteligencja. Kto ma tutaj najwięcej do powiedzenia?

To mogła być dobra książka

Z pewnością jest to książka zachowująca odpowiedni poziom. Po pierwsze, nie znajdziemy tam cynizmu, który przejawiają ci autorzy i te autorki, którzy chcą po prostu posurfować na fali mody na sztuczną inteligencję. Dragan też niczego nie sprzedaje, po prostu przekazuje wiedzę w sposób, jaki wydaje mu się odpowiedni, nie kryjąc przy tym, że jego podejście do tematu jest emocjonalne. Po drugie, w książce znaleźć można ciekawe fragmenty z interesującymi pytaniami, na przykład o ograniczenia języka naturalnego wobec reprezentacji wektorowej pojęć (“może są tam nawet kierunki [pojęcia – przyp. red] niewyrażalne ludzkim językiem?”) czy pokazujące zdolność modeli do rozpoznawania nieoczywistych cech wizerunków, “dostrzegania jakichś niewidocznych dla ludzi analogii pomiędzy obrazami podzielonymi na przypadkowe kategorie”. Świetnie czyta się też fragment o Nagrodzie Huttera, konkursie na najbardziej efektywny algorytm kompresji danych. Efektywna kompresja - jak czytamy - jest wyznacznikiem inteligencji, ponieważ polega na jak najskuteczniejszym rozpoznawaniu analogii (co pozwala określać powtórzenia i je później eliminować w trakcie kompresji).

Z pewnością da się z książki Dragana wyciągnąć wiele wartościowych informacji i trochę dobrej wiedzy. Naprawdę szkoda, że ten pozytywny efekt niszczony jest przez specyficzną uniwersalizację matematyki i techniki, która dla autora staje się językiem opisu i interpretacji całej rzeczywistości. Kiedy już wiemy, że budowanie analogii może być miarą inteligencji (Nagroda Huttera), Dragan zupełnie niepotrzebnie przekłada to na system nauki:

Mikołaj Kopernik: odkrył on regułę wyjaśniającą ówczesne obserwacje astronomiczne, która okazała się jednak o niebo (nomen omen) prostsza od reguł znanych wcześniej. Kopernik okazał się więc lepszym od Ptolemeusza kompresorem danych astronomicznych.

Gdyby zdolność kompresowania miała być przejawem prawdy, wciąż powinniśmy uznawać choćby mechanistyczną koncepcję bólu, zaproponowaną przez Kartezjusza. Jest przecież zdecydowanie prostsza od opisów biochemicznego przekazywania sygnałów nerwowych. Zbędne i prowadzące do błędnych wniosków kompresowanie jest niestety podstawowym mechanizmem wykładu Dragana i ujawnia się przede wszystkim w jego stwierdzeniach na temat społeczeństwa, kultury i inteligencji.

Mózg to tylko węgiel i woda

W wielu fragmentach swojego dzieła Dragan formułuje skrajnie redukcjonistyczne, quasi-filozoficzne, a przy tym mocno prowokacyjne uwagi, które być może mają skłonić czytelnika do pokornej refleksji nad mizerią intelektualnych zdolności gatunku Homo Sapiens. Nie jest to jednak krytyka, ale być może już nawet szyderstwo, błędny efekt niepotrzebnej kompresji, ujawniający głęboko dehumanizacyjne myślenie:

[Sztuczna sieć neuronowa] zamienia sygnały wejściowe w wyjściowe jak człowiek. Albo jak pies. Albo jak jakiekolwiek inne urządzenie służące do przetwarzania informacji.

Nie ma to nic wspólnego z barokowym vanitas, memiczną mizantropią Schopenhauera czy choćby próbą umieszczenia ludzkiego potencjału intelektualnego i twórczego w niezbędnym kontekście poprzez przywołanie faktów na temat jego mizernej kondycji biologicznej. Tak, umiemy robić wielkie rzeczy, ale przy tym bywamy leniwi i przemocowi, do tego często bywamy mniej wydajni niż maszyny. Perspektywa Dragana nie jest jednak efektem filozoficznego namysłu nad byciem człowiekiem w świecie natury i techniki, przypomina raczej gorliwość, z jaką zwolennicy Konfederacji wyznają swoją wizję wolnego rynku. Takie podejście, jak się nam wydaje, jest zupełnym zaprzeczeniem podejścia naukowego, w którym liczą się szarości, konteksty i drobne szczegóły, zdolne rozbić zbyt oczywiste interpretacje.

Znamiennie jest też to, że w wielu miejscach swojej książki autor oburza się na “pogardliwe określenia” sztucznej inteligencji. Według niego sądy o treści AI to tylko matematyka albo to tylko stochastyczne papugi mają być niesprawiedliwe i ograniczone, ale analogiczny redukcjonizm w stosunku do człowieka i człowieczeństwa jest już dla niego jak najbardziej na miejscu.

W świecie bazującym na prostych alternatywach, płaskim jak stara platformówka, w której poruszać się można tylko w kilku kierunkach, po prostu nie ma miejsca na głębsze interpretacje. Zobaczmy, określenia takie jak to tylko matematyka czy królowa nauk wcale nie wykluczają się wzajemnie, bo należy je rozumieć w pewnym kontekście. Użyteczność reprezentacji wektorowej języka czy obrazów potwierdza, jak wielki potencjał ma matematyka i redukcja rzeczywistości do systemów przeliczeń. Jednak to wciąż tylko matematyka gdy chodzi o badanie stylu literackiego, maszynowych wytworów czy społecznych efektów rozpowszechniania się slopów AI. Podobnie algorytmy sortowania, kształtujące stream w mediach społecznościowych, to zdecydowanie tylko matematyka i można je matematycznie i statystycznie badać. Jednak matematyka niewiele powie o społecznym wpływie tych przeliczeń na wytwarzany obraz świata ani nie wskaże niezbędnego kształtu polityk publicznych, które miałyby ograniczyć negatywny efekt matematycznego profilowania. A to, że istnieją wartościowe, ale nie dające się opisać matematycznie rzeczy na świecie wie każdy, kto chociaż raz się zakochał albo wypił ciepłe kakao po powrocie z wycieczki w zaśnieżony las.

Dlatego akcentowanie obliczeniowego charakteru sztucznej inteligencji, podkreślanie matematycznej czy statystycznej istoty jej wewnętrznych procesów, wcale nie musi być obelgą. Dragan jednak tak bardzo zapędza się w ucieczce od biologii i kultury, że traktuje to jako obrazę matematyki jako takiej, a przecież sztuczna inteligencja ma być jej emanacją. W ramach nieco bezsilnej kontry autor stara się odwrócić perspektywę, argumentując, że tak na dobrą sprawę ludzie też “tylko przewidują następne słowo”, a mózg “to tylko węgiel i woda”. Być może to intencjonalne reductio ad absurdum, po które sięga nader często:

…mówienie, że model “tylko przewiduje następne słowo”, nie niesie żadnej treści i można to samo powiedzieć o dowolnym wytwórcy tekstu, ludzkim czy nie. Najciekawsze pytanie jest inne: w jaki sposób Albert Einstein skonstruował swój genialny rozkład prawdopodobieństwa i jak robią to modele językowe, że aż tak dobrze “przewidują” następne słowa?

No nie, mówienie, że model “tylko przewiduje następne słowo”, nie jest być może najlepszym sposobem na opis mechaniki dużych modeli językowych, ale jest wystarczające w dyskusji o prawach twórców, których teksty wykorzystywane są do trenowania tych modeli. I o tym, czy modele mogą w ogóle tworzyć literaturę (nie mogą 😎).

Małe rzeczy bez znaczenia

Książka Dragana jest na pewno istotnym głosem w debacie, choćby ze względu na zasięgi autora-celebryty, ale jej emocjonalny i uszczypliwy charakter znacznie obniża jej wartość. Oto przykład. W pewnym miejscu Dragan przywołuje znany problem zliczania przez LLM-y występowania liter w prostych słowach - nawet zaawansowane modele nie zawsze potrafią poprawnie podać liczbę liter r w słowie strawberry ((zob. DOI: 10.48550/arXiv.2410.14166, 2025).

O epizodzie ze słowem strawberry wkrótce nikt nie będzie pamiętać, bo model o1 (2024) i z tym radzi sobie już bez trudu, znajdą się za to kolejne ograniczenia modeli. Granica “wyjątkowości” ludzkiego intelektu zostaje więc po raz kolejny przesunięta przez jej wyznawców nieco dalej.

Zamiast rozwinąć wątek tego, w jaki sposób konstruktorom modeli udaje się przekroczyć to ograniczenie, Dragan atakuje “wyznawców” wyjątkowości ludzkiego umysłu, którzy jak raz muszą dzięki postępom w liczeniu liter r wychodzić ze swojej strefy białkowego komfortu. To jednak nic innego jak dzielna walka z tezą, której nikt nie postawił i nadawanie znaczenia problemowi, który w praktyce jest bez znaczenia. “Wyjątkowość” ludzkiego intelektu nie polega przecież na umiejętności liczenia liter w słowie (czy nawet na mistrzowskiej grze w szachy). Nie chodzi o to, żeby wyznaczać ostrą granicę, kiedy będzie można ogłosić zwycięstwo jednej ze stron, ale żeby badać stabilność “rozumowania”, modelu świata czy zdolność do abstrakcji poza danymi treningowymi. Przyłapywanie modeli na takich błahostkach ma znaczenie wyłącznie diagnostyczne, nikt na serio nie traktuje ich jako argumentu w manichejskim konflikcie ludzkości z maszyną.

Co więcej, jak nam się wydaje, zanurzanie się w takich właśnie debatach, które zarzucają opinię publiczną pytaniami o to, czy AI ma już świadomość albo czy czuje, nieustanne balansowanie na krawędzi wielkich odpowiedzi na wielkie pytania, może być uznane za pewną formę eskapizmu i ucieczki do przodu wobec coraz silniejszych przesłanek o możliwym pęknięciu bańki AI. Niepotrzebne zestawianie ludzkich zdolności z możliwościami technologii pozwala też łatwo przydawać technologii (nad)ludzkiego charakteru, jednocześnie upokarzając przy tym ograniczoną biologicznie ludzkość.

Zaciekłość, z jaką Andrzej Dragan walczy w obronie sztucznej inteligencji, momentami przydaje jego traktatowi charakteru wręcz antyintelektualnego.

Niecierpliwość i kompleksy

Wspomniany wcześniej Piotr Rieske w innym tweecie zauważa, że argumentacja Andrzeja Dragana (wyłożona w podcaście Patrycjusza Wyżgi) przypomina niekiedy kreacjonizm poprzez porównywanie ewolucji biologicznej z ewolucją sztucznej inteligencji.

Faktycznie, w argumentacji (oraz retoryce) Dragana bardzo często przewija się, skądinąd bardzo alarmistyczny, (do czego jeszcze wrócimy) argument, wyrażany tu pytaniem retorycznym:

A co z faktem, że tempo, w jakim rozwijamy się jako gatunek, blednie w porównaniu z tempem, w jakim rozwija się sztuczna inteligencja?

O jakiego rodzaju rozwoju gatunkowym ludzkości możemy mówić? Ewolucji biologicznej (ta jest przecież bezcelowa, co również podkreśla w książce sam Dragan), przyroście wiedzy, znajomości technologii, a może chodzi o rozwój instytucji społecznych czy politycznych albo o wzrost powszechnego szczęścia? Jak wartości te porównać z efektywnością modeli i zestawić z benchmarkami? Co więcej, czy w takim myśleniu nie wyrażają się jakieś posthumanistyczne marzenia, że oto ludzkość zrobi sobie jak najszybciej jakiś powszechny upgrade, które sprawi, że już nie trzeba się będzie za nią wstydzić przed kolegami z wydziałów fizyki?

Błędem w takim myśleniu jest też oczywiście zapominanie, że sztuczna inteligencja nie powstała z niczego, ale jej rozwój wynikał z działalności tysięcy badaczy i badaczek oraz instytucji, także państwowych. U Dragana, kreślącego dwie równoległe ewolucje, z jakiegoś powodu AI nie jest świadectwem możliwości człowieka. Stąd już tylko krok od stwierdzeń o “eksplozji inteligencji”, czyli hipotetycznej sytuacji, w której AI będzie mogła ulepszać sama siebie:

A co z nieuchronnie nadciągającym nowym etapem, w którym AI będzie już tak dobrze programować, że będzie w stanie sama się przeprogramowywać i jeszcze szybciej ulepszać?

Pojęcie “ewolucji” i “nieuchronności” raczej trudno ze sobą pogodzić, chyba że akurat chce się efekciarsko postraszyć czytelnika, który dotąd nie śledził dyskusji o AI, i sprzedać mu narrację o nieustannym postępie (technologii, bo przecież nie człowieka).

Przy całym szacunku do dorobku naukowego Andrzeja Dragana i jego niewątpliwej wiedzy w określonych dziedzinach, momentami reprezentuje on XIX-wieczne, pozytywistyczne podejście do miejsca nauki w społeczeństwie. Pozytywizm głosił, jak wiadomo, że jedynym wiarygodnym opisem rzeczywistości są prawa naukowe oparte na empirycznych obserwacjach i matematyce. Metody tych nauk powinny być zatem aplikowane do humanistyki i nauk społecznych, bo tylko wtedy mogą być one prawdziwie naukowe. Autor wielokrotnie daje w książce wyraz takiemu podejściu:

Natomiast aktualny opis całego zbadanego przez nas wycinka rzeczywistości sprowadza się do “tylko matematyki”, która reguluje przebieg wszystkich znanych praw fizyki, chemii, biologii i zapewne również biologii mózgu obejmującej emocje, świadomość i tym podobne.

Jednak tu trzeba usiąść i na spokojnie… Nawet jeśli w łonie nauk biologicznych dyskutuje się dziś o relacjach między biologią mózgu a świadomością, nawet też jeśli te dyskusje odbijają się w pozornie tak odległych dziedzinach jak filozofia czy teologia (problem wolnej woli), to nikt na serio nie będzie twierdził, że wszystko to, co w człowieku, da się wyjaśnić jedynie biochemicznie. Emocje równie dobrze kształtować może biologia, ale też wychowanie albo sztuka, świadomość - procesy chemiczne w mózgu, ale też doświadczenie miłości albo religia, będąca przecież zjawiskiem społecznym. To, że trzeba przywoływać tu takie oczywistości, pokazuje poziom redukcji zastosowanej przez Dragana. Realia życia emocjonalnego i świadomości lepiej niż Quo vAIdis oddają nawet Simsy, co źle wróży książce mającej mieć charakter popularnonaukowy.

Pułapka opowieści heroicznych

Andrzej Dragan, z całej siły uciekający od ograniczeń ludzkości, przesuwający źródło swoich interpretacji na silne podstawy nauk przyrodniczych, sam we własnej książce nie potrafi uciec od formatującej go kultury. Doskonale widać to w sposobie, w jaki opisuje historię nauki i techniki. W pewnym miejscu czytamy:

Zacznijmy od szokującego spostrzeżenia: Kopernik nie wymyślił tranzystora. Zresztą Galileusz też tranzystora nie wymyślił. Ani nawet Izaak Newton go nie wymyślił. A William Shockley wziął i wymyślił. [...] Otóż w przeciwieństwie do swoich czcigodnych poprzedników Shockley wiedział co nieco na temat prądu elektrycznego. Na odkrycie komputera zbudowanego z tranzystorów nagie małpy z czasów Kopernika musiały sobie więc jeszcze trochę poczekać. Nie bez powodu w średniowieczu nie budowano ani komputerów, ani mikrofonów, ani lodówek. Brakowało niezbędnej wiedzy, a bez wiedzy nie było technologii. Ludzka ignorancja od zawsze wyznaczała granice naszego rozwoju technologicznego.

To nie do końca prawda. Po pierwsze, Shockley nie tyle “wziął i wymyślił” tranzystor, ile współpracował przy jego opracowaniu z Johnem Bardeenem i Walterem Brattainem i to właśnie za tę wspólną pracę cała trójka otrzymała w 1956 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie fizyki. Wiadomo też, że Shockley był zagorzałym zwolennikiem eugeniki, a jego życiorys (także biznesowy) stanowi dziś pouczającą przestrogę, szczególnie znamienną w kontekście Doliny Krzemowej, której on sam był pionierem. Eugenika, wyznawana również przez znamienitych statystyków z tego okresu, nie unieważnia ich osiągnięć naukowych, ale pisząc o ignorancji czy rozwoju technologicznym warto mieć baczenie na to, że nauka nie jest oderwana od filozofii, kultury i techniki (zob. np. niewydaną jeszcze po polsku książkę Malcoma Harrisa) Palo Alto. Tymczasem w świecie Dragana to coś w rodzaju czystej energii, abstrakcyjnej siły, którą powinno się zostawić w spokoju i tylko bacznie obserwować jej samoistny rozwój. Nic więc dziwnego, że w takiej historii nie może być też miejsca na naukowe błędy, ślepe uliczki technologii czy nawet jej niemoralne kierunki (takie jak choćby eugenika). Ani nawet na powszechnie przecież znaną teorię paradygmatów Thomasa Khuna, w której kluczem rozwoju nauki jest nie tyle dochodzenie do prawdy co odchodzenie od nieprawdy i podważanie aktualnych paradygmatów.

Naprawdę wystarczy lektura kilku tekstów, albo opracowania takiego jak Heroic theory of invention and scientific development, żeby dostrzec, że wizja jednostkowego geniuszu oderwanego od historycznego kontekstu jest błędna. Wynalazki nie powstają w próżni społecznej, nie pojawiają się nagle, tylko rodzą się z potrzeby społecznej w danych uwarunkowaniach ekonomicznych, kulturowych i społecznych. Ciekawe byłoby przeczytać o takich źródłach powstania AI, jednak Andrzej Dragan woli raczej przesuwać naszą perspektywę jak najdalej w przyszłość.

Proste rozwiązania skomplikowanych problemów

Pewnym dziedzictwem długiej historii humanistyki i nauk społecznych jest krytyczne podejście do pojawiających się pytań i problemów. Podejście to polega na tym, że raczej dzielimy włos na czworo niż podajemy proste odpowiedzi, uznając, że kultura, historia, społeczeństwo czy technologia to przestrzenie jednak dość skomplikowane, w których działają różne podmioty, siły i interesy.

Niestety omawiana przez nas książka nie jest raczej efektem takiej postawy, o czym piszemy ze smutkiem, liczyliśmy przecież na dobrą lekturę od interesującego autora, specjalisty w swojej dziedzinie. Otrzymaliśmy jednak książkę z gruntu solucjonistyczną, redukującą problemy społeczne czy ludzką naturę do kwestii przetwarzania informacji i przeliczeń, a życie społeczne do jakiejś dziwnej wersji optymalizacji. To książka o sztucznej inteligencji zawieszonej w próżni. W pewnych momentach wydaje się nawet, że autor jakby wstydził się posiadanej niewątpliwie wiedzy, doświadczenia i kreatywności:

Otóż, pisząc niniejszą książkę, będę robić “tylko” jedną rzecz: przewidywać następne słowo w swoim tekście i je tam wstawiać. I tak dalej. Jak zrobię to kilkadziesiąt tysięcy razy, to wydawca będzie zadowolony. No bo co niby jeszcze miałbym robić? Myśleć może nad tym tekstem? No pewnie, czasem posuwam się nawet do tego, a procesy zachodzące z tyłu nosa jakoś wpływają na wybór kolejnych słów. Dlatego wstawiam kolejne słowa dopiero wtedy, gdy już myśli mi się w miarę ustabilizują. Model językowy też się musi naobliczać, zanim wypluje kolejne słowo.

Specyficzne umniejszanie siebie jest postawą praktykowaną przez autorów w historii kultury. Wczesnochrześcijańscy czy średniowieczni kronikarze oddawali pierwszeństwo boskiemu natchnieniu, a barokowi poeci nurtu vanitas, nieustannie przypominali o marności słów i emocji. Postawą wybitnych badaczy i badaczek jest często głęboko posunięta skromność, zwłaszcza w tytułomanii, oraz przynajmniej deklaratywne docenianie własnych adwersarzy w danej dziedzinie. Te wszystkie postawy mają głębokie znaczenie, bo odwołują się do uznanych wartości albo tradycji środowiskowej. Ale dlaczego Andrzej Dragan, który spełnia się także jako twórca-fotografik, tak ostentacyjnie redukuje swój kreatywny potencjał, że zrównuje go z możliwościami maszyny? Czy nie po to, żeby nikt przypadkiem nie pomyślał, że sztuczna inteligencja nie jest aż taka fajna?

Obrona wyobrażonej społecznej czy kulturowej pozycji AI podejmowana jest w tej książce także za pomocą odniesień do twórczości literackiej. Oto modele sztucznej inteligencji, generując odpowiedzi na żądanie użytkowników, korzystają z wielowymiarowych przestrzeni, gdzie poszczególne słowa czy obrazy reprezentowane są przez wektory cech. Modele zestawiają ze sobą te wektory, tworząc - jak pisze Andrzej Dragan - hierarchie podobieństw, pozwalające w konsekwencji na budowanie analogii. Zupełnie jak poeci, prawda?

Poeci posługujący się w niezrównany sposób językiem potrafią tworzyć czasem niebywałe skojarzenia za pośrednictwem przenośni i metafor. A przenośnia to przecież także pewna forma analogii. Lecz tym razem nie chodzi o analogie pomiędzy liczbami, diagramami albo prawami fizyki, ale między wrażeniami lub sytuacjami. Jeżeli inteligencja to umiejętność dostrzegania analogii, to nie znam żadnego powodu, żeby jej definicję ograniczać do takiego, a nie innego “zbioru danych”. Analogie tkwią w różnych aspektach rzeczywistości, a sprawne posługiwanie się wyrafinowaną przenośnią to także wyraz inteligencji. Stąd nie ma się co dziwić, że czasem mówi się o różnych “formach” albo “rodzajach” inteligencji, które odnoszą się w zasadzie do dostrzegania analogii w różnych rodzajach danych.

Tak więc mechanizmy poezji i generowania tekstu gdzieś na podstawowym poziomie są bardzo podobne. Ma nie mieć znaczenia, czy operujemy na wyobrażeniach i słowach, czy na reprezentacjach liczbowych - to niemal ten sam mechanizm. A skoro tak, trudno nie docenić sztucznej inteligencji.

Gdyby jednak w konstruowaniu takich porównań autor nie zatrzymał się wyłącznie na najprostszych schematach metafor i analogii, udowodnienie wartości AI byłoby już trudniejsze. Oksymoron to także analogia, ale nie działająca wprost, raczej mająca postać paradoksu lub bardzo skondensowanej metafory (relacje między jej elementami nie są wyrażone bezpośrednio i znaczenia trzeba szukać gdzieś pomiędzy, tak jak w znanej frazie ogień krzepnie, blask ciemnieje). Dobre wykorzystanie takich narzędzi w literaturze jest na pewno cenne i świadczy o inteligencji i zdolności autora. Czy taka postać analogii byłaby jednak użyteczna w opisie budowania wytworów AI (budowania połączeń między wektorami)? Czy dałoby się ją wykorzystać do pokazywania, jak wielki potencjał ma ta technologia, czy raczej sprawiałaby kłopot, ponieważ w oksymoronie nie chodzi o bezpośrednie sąsiedztwo, ale drogę naokoło?

Punk rock w McDonaldzie

Przygotowując inny tekst o sztucznej inteligencji, szukaliśmy informacji o Josephie Weizenbaumie, twórcy czatbota ELIZA (1966). Trafiliśmy przez to na wzmiankę o Marvinie Minskym, jednym z pionierów sztucznej inteligencji, zmarłym w 2008 roku:

Minsky był zarozumiałym prowokatorem; a jednym z jego ulubionych chwytów było twierdzenie, że ludzki mózg to nic innego jak białkowa maszyna (meat machine), której funkcje mogą zostać odtworzone, a nawet prześcignięte przez maszyny. Weizenbaum od samego początku go nie lubił.

Okazuje się, że buńczuczne argumenty o białkowych interfejsach wybrzmiewały już pół wieku temu i nie są żadnym awangardowym zagraniem, co może psuć główny - jak się wydaje - pomysł na Quo vAIdis i pozycjonowanie się autora w polskiej debacie o AI. Jest chyba tak, że prawdziwie awangardowe podejście do AI nie polega dziś na zrównywaniu jej z potencjałem człowieka czy na bajaniu o AGI, mających nęcić inwestorów, ale na trzeźwym eksplorowaniu granic jej możliwości, ochronie twórców i podstawowej, pozbawionej ideologii edukacji. Dziś już nie da się nieironicznie cytować Altmana (a Dragan robi to bardzo często). Dragan, budując wizerunek awangardowego badacza, wobec AI wydaje się całkowicie uległy - przypomina to trochę granie koncertu punkowego w McDonaldzie.

Autor unika wprost przewidywania przyszłości i wzięcia za to odpowiedzialności, jednocześnie wymowa książki, a zwłaszcza ostatniego rozdziału, jest jednoznaczna. Cała ta rewolucja sztucznej inteligencji postępuje, jak oszalała pisze, chociaż diabli wiedzą co będzie, ja nie doradzam, a w ogóle to przecież …każda eksplozja musi się kiedyś skończyć. Nawet eksplozja atomowa. Hm, ok. W swoim wywodzie Dragan powołuje się na znamienite osoby ze świata AI (oraz naukowców) w osobach m.in. Geoffreya Hintona, Yoshuy Bengio, Demisa Hassabisa, Aleksandra Mądrego, Marcusa Huttera czy Daria Amodei.

Nieprzypadkowo są to również osoby, które – niezależnie od tego, czy dostały Nagrodę Nobla i/lub rozwijają duże modele językowe w największych firmach – dużo uwagi poświęcają “ogólnej sztucznej inteligencji”, AGI, czyli rzekomo takiej, no właśnie, przewyższającej intelektualnie człowieka. Ponadto w dyskusjach o AGI bardzo często pojawia się argument, również przytaczany w książce, że kiedy już AGI przewyższy poziom ludzkości, stanie się śmiertelnie niebezpieczną siłą.

Jeśli jednak nie jesteście fanami odwoływania się do pojęcia AGI i dystansujecie się od alarmistycznych wizji, których częścią jest wizja zastąpienia w czymkolwiek ludzkości przez AI, lepiej niż w książce Dragana odnajdziecie się w lekturze prawdziwie krytycznych źródeł akademickich. Polecamy np. książkę etyczki Shannon Vallor The AI Mirror (DOI: 10.1093/oso/9780197759066.001.0001, 2024) czy artykuł Stop treating `AGI' as the north-star goal of AI research (DOI: 10.48550/arXiv.2502.03689 , 2025).

Wróćmy na koniec do Minsky’ego i jego postawy. W książce Dragana pojawiła się wzmianka o nim, autor nazywa go nawet “filozofem”, cytując krytyczną pracę o sieciach neuronowych, której Minsky był współautorem. W świecie kreowanym przez polskiego fizyka nazwanie kogoś “filozofem” może mieć charakter czegoś w rodzaju obelgi. W Kwantechizmie (2019) pisze przecież

O ile w pracy fizyka teoretyka potrzebny jest długopis, papier i kosz na śmieci, to w przypadku filozofów ten ostatni okazuje się całkiem zbędny.

Odetchnijmy jednak z ulgą, bo na szczęście Minsky miał doktorat z matematyki. I to z Princeton!

Jacek Mańko, Marcin Wilkowski

Książkę Andrzeja Dragana kupiliśmy dzięki wsparciu Patronów i Patronek. Dziękujemy!

Autor: jacekmanko

🤗
Jeśli ten wpis okazał się dla Ciebie wartościowy, możesz dorzucić się do wsparcia bloga. Postaw wirtualną kawę na Suppi.pl albo zostań patronem na Patronite.

Wpis opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach.